piątek, 17 marca 2017

O tym, że książka to naprawdę dobra broń, czyli Księga Vanitasa (1&2)

 Siema, otaczki!

 Drugi raz wstawiam post z opóźnieniem, ale chyba rozumiecie - szkoła, szkoła, szkoła a w międzyczasie gra w LoL'a i nagle człowiek nie ma czasu na nic. Za to wydawnictwa mango jak na złość wydają i wydają nowe tomiczki, za co jednocześnie jestem wdzięczna i zła, bo jak tu wytłumaczyć rodzicom, że przeznaczone na życie pieniążki znowu zmarnowałam na mongolskie kolorowanki?

 Księga Vanitasa. Nawet nie wyobrażacie sobie, z jakim utęsknieniem czekałam na wydanie drugiego tomu tego mango - bardziej niż na Bungou Stray Dogs, co jest dosyć dziwne (osieroconymi pieskami też się tu zajmę, jak tylko dostanę w łapy drugi tomik). Autorką dziś hejconego tytułu jest znana z mango Pandora Hearts Jun Mochizuki ... i nie wiem, co to w ogóle Pandora Hearts kidding, ale czuję się kupiona Księgą Vanitasa w każdym możliwym aspekcie.


 Księga Vanitasa (Death Note 2.0) opowiada o perypetiach dwóch bohaterów: tytułowego Vanitasa, zwykłego, śmiertelnego szaraczka, oraz wampira imieniem Noe. Spotykają się na wielkim, latającym statku Titanic 2.0, kiedy to Vanitas za pomocą równie śmiercionośnej co podręcznik do matematyki księgi paradoksalnie ratuje pewną chorą na rozdwojenie jaźni krwiopijczynię od śmierci (ogółem nasz bohater prowadzi kampanię przeciw rozdwojeniu jaźni u wampirów i na tym tak naprawdę opiera się cała fabuła). W wyniku paru niefortunnych zdarzeń Vanitas razem z Noe trafiają do więzienia, gdzie zostają skonfiskowane ich wszystkie rzeczy, w tym pamiętnik tego pierwszego - ale spoko, potem go odzyskują i Vanitas znowu może bawić się w lekarza rodziny Cullenów... a nie, to nie ten tytuł, ci to w Zmierzchu byli, chodziło mi o takie prawdziwe wampiry.

 W Księdze Vanitasa wyraźnie widać zderzenie dwóch odmiennych charakterów: roztargnionego, wiecznie na haju bibliofila (ten fajny) oraz wielce poważnego kociarza z misją, aby wspomnianego bibliofila obrabować, ale nie do końca, z posiadanego tomiszcza (ten nudny). Vanitas od pierwszych stron przyciąga swoim wyglądem i szalonym uśmiechem, ale nie myślcie, że Noe nie nadrabia, o nie, w desperackiej próbie bycia tym popularnym bohaterem posuwa się do niewyobrażalnych odległości (???, tak w ogóle można powiedzieć?): w wielkim spoilerze na samym początku mango oznajmia, że zabije Vanitasa (ZABIJE, w sensie ZAMORDUJE, POZBAWI ŻYCIA, UKATRUPI, UŚMIERCI drugiego GŁÓWNEGO BOHATERA, TEGO TYTUŁOWGO, co nie, łapiecie). Sprawia to, że postacie obydwojga dostają +10 do fajności, a ja, swoją drogą, nie mogę się nie zgodzić z decyzją Noego o zamordowaniu swojego towarzysza - ten człowiek ma na twarzy wypisane jestem kompletnym chujem ale na razie tego nie widać i z wielkim zniecierpliwieniem czekam, aż pokaże swoją prawdziwą naturę, chociaż wolę nawet nie myśleć, co się w tym mango ma zamiar odjaniepawlić w następnych tomach, że zakończenie wyglądać będzie w taki właśnie sposób.

[wracałam do tej sceny 215685291 razy]
 To bynajmniej nie koniec niespodzianek związanych z głównymi bohaterami. Okazuje się, że Vanitas to pasjonat skakania po żyrandolach (i to nie byle jakich, ale wampirzych żyrandolach w wampirzym świecie na wampirzym balu maskowym!), a Noe friend-zonuje swoją znajomą z dzieciństwa, która podaje się za jego narzeczoną. Nie obywa się bez dramatycznego rozpaczania nad przeszłością, z czego Vanitas musi swojego nowego towarzysza ratować - wcześniej jednak udaje się Noemu przedstawić genezę powstania wampirzego gatunku - bo stąd to prosta droga do wampirzego rozdwojenia jaźni (mniej znanego jako klątwa niebieskiego księżyca). Ale, ale, żeby nie było za ponuro - Vanitas zostaje poddany torturom (albo przynajmniej chęci przeprowadzenia na nim tortur). 

 
 O Księdze Vanitasa powiedzieć, że ma ładną kreskę, to herezja - w końcu czego by się spodziewać po autorce Pandora Hearts? Nie zliczę, ile razy wracałam do/wgapiałam się w konkretne sceny, żeby móc się napatrzeć na to cudo. Pięknie przedstawiony Paryż, dopracowane detale, chociaż osobiście skupiam się jednak bardziej na bohaterach - Vanitas momentami wygląda jak ósmy cud świata, żeby zaraz przybrać idealnie ukazany szaleńczy wyraz twarzy i szczególnie tym właśnie urzeka.  Dlaczego tak trudno mi oceniać kreskę, ojezu, send help, macie obrazki.

 

 Księga Vanitasa to mango, przy którym zdecydowanie zostanę na dłużej, a nawet do końca i polecam pójść w moje ślady pod tym względem - serio, zrobicie sobie przysługę i mi jeszcze podziękujecie potem. Tomiki są nieco grube (przynajmniej dotychczas wydane dwa), co jest, przynajmniej dla mnie, wielkim plusem i z tego, co się orientuję, Waneko planuje wypuszczać ten tytuł na bieżąco (drugim tomem nadgonili wydanie japońskie), więc aż tak może nie uschnę, czekając na kontynuacje. Kogo ja oszukuję, nawet czytając na internetach uschnę z braku namacalnego tomiku na półce.


 Chciałabym na koniec jeszcze napisać "zachęcam do lektury!" czy coś, ale czuję, że w tej sytuacji lepsze będzie: idźcie to czytać, marsz.

See ya!
ed the mangozjeb

 PS. Następnym razem - Bungou Stray Dogs - Bezpańscy Literaci oraz Wiosna 2017 #1 - Zapowiedzi.


środa, 8 marca 2017

Pluszaki dla dorosłych, czyli Doll Star

 Cześć, moje drogie mangozjeby! 

 Wiem, wiem, długo mnie nie było, bo coś około miesiąca, ale wbrew pozorom nie wzięłam i nie umarłam w tym czasie - raczej udawałam, że zajmuję się szkolnymi sprawami. 

 Teoretycznie zapowiadałam relację konwentową z Bykonu 2017, na którym miałam przyjemność być jako gżdacz, ale niestety, no, nie wyszło (czyt: stwierdziłam, że bez zdjęć nie ma co wstawiać, a relacja od strony gżdacza ma wartość zbliżoną do kału, bo nawet wystawców jakoś za bardzo nie odwiedzałam - chyba że sądzicie inaczej?). Relacja z Pyrkonu będzie już na pewno, bo to Pyrkon.

 Zamiast tego nareszcie wzięłam się za obiecane mango - miało być to Half&Half, ale w końcu padło na dosyć nowe Doll Star: Wariant Mocy Słów. (Chociaż to pierwsze też kiedyś dorwę!) Nie przedłużając, bo i tak pewnie usychaliście z tęsknoty za mną i moim sarkazmem, przejdę do tego, co lubię najbardziej - hejtu konstruktywnej i obiektywnej oceny!


 Doll Star: Wariant Mocy Słów (dalej po prostu Doll Star) wbrew pozorom nie opowiada o lalce, która jest gwiazdą estrady, ale o dziewczynie imieniem Saho Fukudou, która po przeniesieniu się do nowej szkoły oryginalnie poznaje Yugi Nonokę, dziwaczkę lubującą się w, jak się okazuje, pseudo-kowbojskich strojach i rozmowach z maskotkami - nic dziwnego więc, że robi za klasowe popychadło. Główna bohaterka postanawia jednak okazać miłosierdzie i się z nią zaprzyjaźnić - chociaż moim zdaniem to tylko po to, żeby mieć się z kim bawić różowym domkiem dla lalek, a przynajmniej to sugeruje internet:

[wyniki wyszukiwania wujka google - nie do końca o to mi chodziło, ale doceniam]



 Ku wszelkiemu zdziwieniu wychodzi na jaw, że Nonoka naprawdę potrafi rozmawiać z maskotkami, które kablują jej na swoich właścicieli, gdy są źle przez nich traktowane - i właśnie dlatego robi Fukudou wjazd na chatę, by dać jej porządną reprymendę i przy okazji zastraszyć swoim pluszowym misiem niewyżytego ojca dziewczyny tak, w tym mango maskotki to broń zagłady.

 Umiejętność naszej cudownej dziwaczki staje się punktem wyjścia do kolejnych przygód, a w połączeniu z pewnym pasjonatem ludzkiej psychiki ten to dopiero okazał się być dziwny doprowadza do odkrycia przez Fukudou historii Nonoki, której życie zdecydowanie dokopało. I w sumie wszystko inne w tym mango można by spokojnie wywalić, bo reszta wprowadza albo nic albo mało co do fabuły. 

[dziwaczka ze swoim ukochanym misiem i w kapeluszu, którego nie powstydziłby się żaden kowboj]

 Trudno sięga mi się po jednotomówki, bo inaczej niż w przypadku serii większych, nie mogę po prostu powiedzieć, że to jeszcze ma szansę nie być gównem, kiedy zaczynam czuć, że czytam coś złego/nah/fuj/ble, bo to takie... drzewa z jednym mango, czy coś w tym stylu, i jak to jedno mi nie posmakuje, to żadnym innym tego okropnego posmaku nie zabiję. 

 Nie mogę powiedzieć, żebym miała wysokie oczekiwania co do Doll Star, ale mimo to udało się temu tytułowi ich nie spełnić - mam wrażenie, że można było wyciągnąć z tego trochę więcej, szczególnie, że niektóre wątki wydawały się w pewnym sensie niepotrzebne, a część rzeczy niewyjaśniona. Patrząc na bohaterów, to w sumie nie jest źle, mamy rzecznika praw maskotek, matkę miłosierdzia, wskakującego przez okno w ostatniej chwili supermana, chłopaka chcącego być dziewczyną - ale jednak nie, samobójców z lalkami i trochę za bardzo zainteresowanego psychologią gościa który był w fabule bardziej przydatny niż główna bohaterka. Co prawda, bardzo fajnie wyszło zakończenie, ale nie czułam, żeby było jakoś powiązane z wydarzeniami wcześniejszymi, a jak już, to w bardzo małym stopniu i doprowadziło to wszystko do tego, że Doll Star, przynajmniej z mojej perspektywy, ma luki - trochę nadrabiane świetnym wątkiem psychologicznym (niestety wyeksponowanym głównie w zakończeniu) i historią Nonoki.

 fabuła: 6/10
bohaterowie: 7/10
kreska: 7/10

ogólna: 6,5/10

 Doll Star: Wariant Mocy Słów może i mnie nie porwał - chociaż zaczynając to mango, takie miałam nadzieje - ale spoko się go czytało i warto to zrobić nawet dla samego zakończenia. Chyba że jesteście pasjonatami niszczenia pluszowych misiów, wtedy bym na siebie uważała.

 See ya!
Ed the mangozjeb

 PS. Dziś zaopatrzyłam się w drugi tom Księgi Vanitasa. Nawet nie zdajecie sobie sprawy, ile czekałam na jego wydanie. Jestem w ekstazie.

Obserwatorzy

Szablon
synestezja
panda graphics
I want to break free...