piątek, 17 marca 2017

O tym, że książka to naprawdę dobra broń, czyli Księga Vanitasa (1&2)

 Siema, otaczki!

 Drugi raz wstawiam post z opóźnieniem, ale chyba rozumiecie - szkoła, szkoła, szkoła a w międzyczasie gra w LoL'a i nagle człowiek nie ma czasu na nic. Za to wydawnictwa mango jak na złość wydają i wydają nowe tomiczki, za co jednocześnie jestem wdzięczna i zła, bo jak tu wytłumaczyć rodzicom, że przeznaczone na życie pieniążki znowu zmarnowałam na mongolskie kolorowanki?

 Księga Vanitasa. Nawet nie wyobrażacie sobie, z jakim utęsknieniem czekałam na wydanie drugiego tomu tego mango - bardziej niż na Bungou Stray Dogs, co jest dosyć dziwne (osieroconymi pieskami też się tu zajmę, jak tylko dostanę w łapy drugi tomik). Autorką dziś hejconego tytułu jest znana z mango Pandora Hearts Jun Mochizuki ... i nie wiem, co to w ogóle Pandora Hearts kidding, ale czuję się kupiona Księgą Vanitasa w każdym możliwym aspekcie.


 Księga Vanitasa (Death Note 2.0) opowiada o perypetiach dwóch bohaterów: tytułowego Vanitasa, zwykłego, śmiertelnego szaraczka, oraz wampira imieniem Noe. Spotykają się na wielkim, latającym statku Titanic 2.0, kiedy to Vanitas za pomocą równie śmiercionośnej co podręcznik do matematyki księgi paradoksalnie ratuje pewną chorą na rozdwojenie jaźni krwiopijczynię od śmierci (ogółem nasz bohater prowadzi kampanię przeciw rozdwojeniu jaźni u wampirów i na tym tak naprawdę opiera się cała fabuła). W wyniku paru niefortunnych zdarzeń Vanitas razem z Noe trafiają do więzienia, gdzie zostają skonfiskowane ich wszystkie rzeczy, w tym pamiętnik tego pierwszego - ale spoko, potem go odzyskują i Vanitas znowu może bawić się w lekarza rodziny Cullenów... a nie, to nie ten tytuł, ci to w Zmierzchu byli, chodziło mi o takie prawdziwe wampiry.

 W Księdze Vanitasa wyraźnie widać zderzenie dwóch odmiennych charakterów: roztargnionego, wiecznie na haju bibliofila (ten fajny) oraz wielce poważnego kociarza z misją, aby wspomnianego bibliofila obrabować, ale nie do końca, z posiadanego tomiszcza (ten nudny). Vanitas od pierwszych stron przyciąga swoim wyglądem i szalonym uśmiechem, ale nie myślcie, że Noe nie nadrabia, o nie, w desperackiej próbie bycia tym popularnym bohaterem posuwa się do niewyobrażalnych odległości (???, tak w ogóle można powiedzieć?): w wielkim spoilerze na samym początku mango oznajmia, że zabije Vanitasa (ZABIJE, w sensie ZAMORDUJE, POZBAWI ŻYCIA, UKATRUPI, UŚMIERCI drugiego GŁÓWNEGO BOHATERA, TEGO TYTUŁOWGO, co nie, łapiecie). Sprawia to, że postacie obydwojga dostają +10 do fajności, a ja, swoją drogą, nie mogę się nie zgodzić z decyzją Noego o zamordowaniu swojego towarzysza - ten człowiek ma na twarzy wypisane jestem kompletnym chujem ale na razie tego nie widać i z wielkim zniecierpliwieniem czekam, aż pokaże swoją prawdziwą naturę, chociaż wolę nawet nie myśleć, co się w tym mango ma zamiar odjaniepawlić w następnych tomach, że zakończenie wyglądać będzie w taki właśnie sposób.

[wracałam do tej sceny 215685291 razy]
 To bynajmniej nie koniec niespodzianek związanych z głównymi bohaterami. Okazuje się, że Vanitas to pasjonat skakania po żyrandolach (i to nie byle jakich, ale wampirzych żyrandolach w wampirzym świecie na wampirzym balu maskowym!), a Noe friend-zonuje swoją znajomą z dzieciństwa, która podaje się za jego narzeczoną. Nie obywa się bez dramatycznego rozpaczania nad przeszłością, z czego Vanitas musi swojego nowego towarzysza ratować - wcześniej jednak udaje się Noemu przedstawić genezę powstania wampirzego gatunku - bo stąd to prosta droga do wampirzego rozdwojenia jaźni (mniej znanego jako klątwa niebieskiego księżyca). Ale, ale, żeby nie było za ponuro - Vanitas zostaje poddany torturom (albo przynajmniej chęci przeprowadzenia na nim tortur). 

 
 O Księdze Vanitasa powiedzieć, że ma ładną kreskę, to herezja - w końcu czego by się spodziewać po autorce Pandora Hearts? Nie zliczę, ile razy wracałam do/wgapiałam się w konkretne sceny, żeby móc się napatrzeć na to cudo. Pięknie przedstawiony Paryż, dopracowane detale, chociaż osobiście skupiam się jednak bardziej na bohaterach - Vanitas momentami wygląda jak ósmy cud świata, żeby zaraz przybrać idealnie ukazany szaleńczy wyraz twarzy i szczególnie tym właśnie urzeka.  Dlaczego tak trudno mi oceniać kreskę, ojezu, send help, macie obrazki.

 

 Księga Vanitasa to mango, przy którym zdecydowanie zostanę na dłużej, a nawet do końca i polecam pójść w moje ślady pod tym względem - serio, zrobicie sobie przysługę i mi jeszcze podziękujecie potem. Tomiki są nieco grube (przynajmniej dotychczas wydane dwa), co jest, przynajmniej dla mnie, wielkim plusem i z tego, co się orientuję, Waneko planuje wypuszczać ten tytuł na bieżąco (drugim tomem nadgonili wydanie japońskie), więc aż tak może nie uschnę, czekając na kontynuacje. Kogo ja oszukuję, nawet czytając na internetach uschnę z braku namacalnego tomiku na półce.


 Chciałabym na koniec jeszcze napisać "zachęcam do lektury!" czy coś, ale czuję, że w tej sytuacji lepsze będzie: idźcie to czytać, marsz.

See ya!
ed the mangozjeb

 PS. Następnym razem - Bungou Stray Dogs - Bezpańscy Literaci oraz Wiosna 2017 #1 - Zapowiedzi.


środa, 8 marca 2017

Pluszaki dla dorosłych, czyli Doll Star

 Cześć, moje drogie mangozjeby! 

 Wiem, wiem, długo mnie nie było, bo coś około miesiąca, ale wbrew pozorom nie wzięłam i nie umarłam w tym czasie - raczej udawałam, że zajmuję się szkolnymi sprawami. 

 Teoretycznie zapowiadałam relację konwentową z Bykonu 2017, na którym miałam przyjemność być jako gżdacz, ale niestety, no, nie wyszło (czyt: stwierdziłam, że bez zdjęć nie ma co wstawiać, a relacja od strony gżdacza ma wartość zbliżoną do kału, bo nawet wystawców jakoś za bardzo nie odwiedzałam - chyba że sądzicie inaczej?). Relacja z Pyrkonu będzie już na pewno, bo to Pyrkon.

 Zamiast tego nareszcie wzięłam się za obiecane mango - miało być to Half&Half, ale w końcu padło na dosyć nowe Doll Star: Wariant Mocy Słów. (Chociaż to pierwsze też kiedyś dorwę!) Nie przedłużając, bo i tak pewnie usychaliście z tęsknoty za mną i moim sarkazmem, przejdę do tego, co lubię najbardziej - hejtu konstruktywnej i obiektywnej oceny!


 Doll Star: Wariant Mocy Słów (dalej po prostu Doll Star) wbrew pozorom nie opowiada o lalce, która jest gwiazdą estrady, ale o dziewczynie imieniem Saho Fukudou, która po przeniesieniu się do nowej szkoły oryginalnie poznaje Yugi Nonokę, dziwaczkę lubującą się w, jak się okazuje, pseudo-kowbojskich strojach i rozmowach z maskotkami - nic dziwnego więc, że robi za klasowe popychadło. Główna bohaterka postanawia jednak okazać miłosierdzie i się z nią zaprzyjaźnić - chociaż moim zdaniem to tylko po to, żeby mieć się z kim bawić różowym domkiem dla lalek, a przynajmniej to sugeruje internet:

[wyniki wyszukiwania wujka google - nie do końca o to mi chodziło, ale doceniam]



 Ku wszelkiemu zdziwieniu wychodzi na jaw, że Nonoka naprawdę potrafi rozmawiać z maskotkami, które kablują jej na swoich właścicieli, gdy są źle przez nich traktowane - i właśnie dlatego robi Fukudou wjazd na chatę, by dać jej porządną reprymendę i przy okazji zastraszyć swoim pluszowym misiem niewyżytego ojca dziewczyny tak, w tym mango maskotki to broń zagłady.

 Umiejętność naszej cudownej dziwaczki staje się punktem wyjścia do kolejnych przygód, a w połączeniu z pewnym pasjonatem ludzkiej psychiki ten to dopiero okazał się być dziwny doprowadza do odkrycia przez Fukudou historii Nonoki, której życie zdecydowanie dokopało. I w sumie wszystko inne w tym mango można by spokojnie wywalić, bo reszta wprowadza albo nic albo mało co do fabuły. 

[dziwaczka ze swoim ukochanym misiem i w kapeluszu, którego nie powstydziłby się żaden kowboj]

 Trudno sięga mi się po jednotomówki, bo inaczej niż w przypadku serii większych, nie mogę po prostu powiedzieć, że to jeszcze ma szansę nie być gównem, kiedy zaczynam czuć, że czytam coś złego/nah/fuj/ble, bo to takie... drzewa z jednym mango, czy coś w tym stylu, i jak to jedno mi nie posmakuje, to żadnym innym tego okropnego posmaku nie zabiję. 

 Nie mogę powiedzieć, żebym miała wysokie oczekiwania co do Doll Star, ale mimo to udało się temu tytułowi ich nie spełnić - mam wrażenie, że można było wyciągnąć z tego trochę więcej, szczególnie, że niektóre wątki wydawały się w pewnym sensie niepotrzebne, a część rzeczy niewyjaśniona. Patrząc na bohaterów, to w sumie nie jest źle, mamy rzecznika praw maskotek, matkę miłosierdzia, wskakującego przez okno w ostatniej chwili supermana, chłopaka chcącego być dziewczyną - ale jednak nie, samobójców z lalkami i trochę za bardzo zainteresowanego psychologią gościa który był w fabule bardziej przydatny niż główna bohaterka. Co prawda, bardzo fajnie wyszło zakończenie, ale nie czułam, żeby było jakoś powiązane z wydarzeniami wcześniejszymi, a jak już, to w bardzo małym stopniu i doprowadziło to wszystko do tego, że Doll Star, przynajmniej z mojej perspektywy, ma luki - trochę nadrabiane świetnym wątkiem psychologicznym (niestety wyeksponowanym głównie w zakończeniu) i historią Nonoki.

 fabuła: 6/10
bohaterowie: 7/10
kreska: 7/10

ogólna: 6,5/10

 Doll Star: Wariant Mocy Słów może i mnie nie porwał - chociaż zaczynając to mango, takie miałam nadzieje - ale spoko się go czytało i warto to zrobić nawet dla samego zakończenia. Chyba że jesteście pasjonatami niszczenia pluszowych misiów, wtedy bym na siebie uważała.

 See ya!
Ed the mangozjeb

 PS. Dziś zaopatrzyłam się w drugi tom Księgi Vanitasa. Nawet nie zdajecie sobie sprawy, ile czekałam na jego wydanie. Jestem w ekstazie.

poniedziałek, 6 lutego 2017

Serie, które nie ssą - zima 2017

 Hej, mangozjeby!

 Korzystając z okazji, że obecny sezon zima 2017 nie przedstawia się w ogóle za dobrze i spoko amino można zliczyć na palcach jednej, no może półtorej, ręki, co oznacza mało roboty przy pisaniu, zdecydowałam się przedstawić 5 serii, którym do tej pory udało się mnie kupić. Spokojnie, jako szanujący się hejter za dużo dobrego o nich mówić mi nie wypada, więc raczej nie przesłodzę. Zdecydowałam się nie uwzględniać żadnych kontynuacji sezonów wcześniejszych, ze względu na to, że chyba tylko Ao No Exorcist i Super Lovers zdarzyło mi się faktycznie widzieć, a z np. Tales of Zestiria the X czy Kono Subarashii Sekai ni Shukufuku wo! dłuższego tytułu nie było co nie miałam wcześniej do czynienia (kiedyś nadrobię oczywiście). Kolejność przypadkowa!

1. Kobayashi-san Chi no Maid Dragon


 Znacie to uczucie, kiedy kac morderca atakuje i z samego rana dowiadujecie się, że poprzedniego wieczoru, będąc w stanie całkiem nietrzeźwym, zaprosiliście do domu smoka? Spokojnie, nie jesteście sami, dużo osób robi głupie rzeczy pod wpływem, szczególnie główna bohaterka Kobayashi-san Chi no Maid Dragon imieniem Kobayashi. Jako odpowiedzialny dorosły, bierze jednak na klatę konsekwencje swoich pijackich wyczynów - ku uciesze swojego kumpla z pracy, z którym jako mangozjeby życiowe przegrywy otaku lubią mówić o pokojówkach, a właśnie pokojówką przygarnięta przez bohaterkę smoczyca zostaje.


  Muszę przyznać, że z początku tytuł całkowicie olałam, bo 1) nie lubię komedii, 2) nie lubię komedii, 3) nie lubię komedii i wychodzi na to, że jednak, no, lubię komedie. Ciekawi mnie ta nieco mroczniejsza część fabuły dotycząca przeszłości kochanej Tohru, czyli smoczycy-pokojówki, która już w pierwszym (czy drugim?) odcinku zaczęła pod koniec wychodzić i momentami w urywkach rozmów powraca. Bardzo też spodobała mi się sama Kobayashi, która jest świetnym przedstawieniem stereotypowego informatyka będącego spierdoliną życiową wręcz obojniakiem emocjonalnym, wieczorami pochłaniajacym litry piwa, co wychodzi w serii w uroczy sposób. Graficznie amino miłe dla oka, muzycznie... cóż, no nie zachwyca, chociaż też nie jest w żaden sposób złe, po prostu zarówno opening, jak i ending giną w tłumie, a muzyka w tle nie rzuciła mi się też za bardzo w uszy.

2. Youjo Senki


 Każdy przeżywał kiedyś okres buntu młodzieńczego i nie chodził do kościoła, mimo że rodzice prosili, błagali, czy straszyli egzorcyzmami. Główna bohaterka Youjo Senki, Tanya Degurechaff, której w poprzednim życiu zdarzyło się być mężczyzną (transpropaganda!!!111oneone), przechodzi dokładnie taki okres, co widocznie działa na nerwy pseudo-bogowi zarzekającemu się, że przecież on naprawdę istnieje. Zamiast jak inni palić, pić czy brać narkotyki, aby zapomnieć o szarym świecie, niezadowolona z ponownego zesłania na ziemski padół bohaterka odreagowuje, zabijając ludzi na prawo i lewo przynajmniej jest oryginalna, ja nie oceniam, wcześniej jednak modląc się do pseudo-boga, ażeby pocisk trafił w cel to tak jakby być ateistą, ale chodzić do kościoła, bo mama każe.


Youjo Senki było tytułem, na który czekałam z równie wielką niecierpliwością jak na Ao no Exorcist 2. Jak na razie - nie dało mi powodu do zawodu, upartość i zagorzałość w swoich poglądach głównej bohaterki bardzo plusują, mała dziewczynka w końcu musi mieć przysłowiowe jaja, żeby odważnie negować istnienie siły wyższej, którą ma dosłownie przed oczami. Z początku obawiałam się co prawda, że spotka to amino taki sam los, jak przy Shuumatsu no Izetta, gdzie niestety rzuciłam serię w połowie (w sumie to nadal czekam, aż coś tu zepsują, bo nie lubię amino, które lubię, taki paradoks - nie mam wtedy do czego się przyczepić). Youjo Senki jest jednak o wiele mroczniejsze, bardziej brutalne (zamiast ładnej, słodkiej czarownicy mamy psychotyczną dziewczynkę) i przede wszystkim nikt nie lata na karabinach maszynowych (tak, miałam z tym problem przy Izettcie). Oprawa muzyczna nie zawodzi, opening i ending kocham, serio, są świetne; od strony graficznej mam bul dupy o jakieś pomylone proporcje między wielkością oczu a twarzy u jednej z pobocznych bohaterek.

3. Masamune-kun no Revenge


 Masamune-kun no Revenge opowiada o licealiście, Makabe Masamune, który przechodzi transformację z małego, słodkiego grubaska wyśmiewanego przez innych w egocentrycznego i samolubnego wysportowanego, młodego boga. Postanawia zemścić się na swojej pierwszej miłości, Aki Adagaki, za złamanie mu serduszka - planuje rozkochać ją w sobie kupując jej kilogramy żarcia, a potem z premedytacją godną prawdziwego badboya rzucić, w czym pomaga mu mająca bul dupy przyjaciółka Aki.


 Seria błyskotliwością nie grzeszy, chociaż kreacja głównego bohatera akurat mi się spodobała, ponieważ nie zliczę, ile razy musiałam się zastanawiać, czy to, co mówi i robi, to faktycznie tylko gra pozorów, aby zemścić się na Aki, czy może jednak zaczynają budzić się w nim jakieś bardziej ludzkie uczucia. O ile naprawdę nie przepadam za romansami i trudno mi się za jakikolwiek zabrać, to postanowiłam, że przeboleję i dam Masamune-kun no Revenge szansę. Zapewne na tle wielu innych amino z gatunku nie wypada jakoś mega szczególnie, z typowym humorem i przewidywalnymi zachowaniami bohaterów, ale sam fakt, że jakiemukolwiek romansowi udało się mnie przy sobie zatrzymać, świadczy, że zły (albo aż tak zły) nie jest. Graficznie bardzo ładnie wykonane amino, chociaż porównując je z innymi na liście, uplasowałoby się raczej w środku. Opening i ending... były tak nijakie, że nawet ich chyba nie pamiętam za dobrze.

 4. Kuzu no Honkai

 
 W Kuzu no Honkai bohaterów można sklasyfikować jako sukowatych i bardziej sukowatych, z główną bohaterką, Hanabi Yasuraoką, należącą do kategorii pierwszej (chociaż ma predyspozycje i do drugiej, nie powiem). Celem każdego jest tam wskoczenie do łóżka z kimkolwiek tylko można, żeby zapomnieć o niespełnionej miłości: do brata to niby kazirodztwo ale jednak nie, do przyjaciółki to na pewno homoseksualizm, do nauczycielki tym to zainteresuje się prokuratura. W myśl tej dewizy główna bohatera wchodzi w udawany związek z równie nieszczęśliwie jak ona zakochanym chłopakiem.


 Nie wiem, gdzie ja byłam, co robiłam i o czym myślałam, że jakoś ominęła mnie ta pozycja w zapowiedziach sezonowych. Kuzu no Honkai miało mnie od pierwszych sekund, najpierw przez świetną kreskę, a potem fabułę i kreację bohaterów (swoją drogą, postacie są bardzo wierne tytułowi, który dosłownie na januszowy można przetłumaczyć jako Życzenie łajdaka). Nie jestem fanem szkolnych romansów wymieszanych z komedią, bardziej lubię takie właśnie poważniejsze klimaty i to amino idealnie trafiło w mój gust, aż sięgnęłam po mangę.

5. ACCA: 13-ku Kansatsu-ka


 ACCA: 13-ku Kansatsu-ka opowiada o podzielonym na 13 autonomicznych dystryktów państwie w kształcie kury domowej to nie jest sarkazm wbrew pozorom, z głównym bohaterem mającym naprawdę widoczny i poważny problem z uzależnieniem od papierosów. Jean Otus, bo tak ma na imię ten osobliwy producent smogu palacz, sprawuje nadzór nad poszczególnymi oddziałami organizacji zwanej ACCA, która kontroluje cały kraj, będąc przy tym podejrzewanym o mhroczne plany zamachu stanu - zapewne, żeby obalić zakaz sprzedaży wyrobów tytoniowych, bo to byłoby bardzo w jego stylu.

 Za ACCA: 13-ku Kansatsu-ka wzięłam się dosyć późno, chociaż od samego początku obecnego sezonu górowało na mojej liście amino do obejrzenia. Mam słabość do serii, jakbym je określiła, nie-animcowych, które zamiast na magicznych stworzonkach, magii czy ogółem fantasy skupiają się na motywach politycznych. Klimatem podobny do 91Days, tytuł rozbudził we mnie wysokie oczekiwania i mogę stwierdzić, że na dzień dzisiejszy prezentuje się dosyć najs, chociaż powolny rozwój akcji w pierwszych odcinkach trochę męczy i mam nadzieję, że coś przyspieszy. Urzekło mnie ukazanie różnic pomiędzy dystryktami oraz subtelne, widoczne już chyba w pierwszym odcinku sugestie, że jednak obecny w świecie przedstawionym ustrój nie jest tak dobry, jak to władze się zarzekają - indoktrynacja od najmłodszych lat, izolacja dystryktów, zacofanie w imię "tradycji", czy nawet szok i niedowierzanie na widok papierosa. Kreska należy do typu animacji, który wręcz uwielbiam, zakochałam się od razu, serio, a muzycznie - również perełka, zdecydowanie jeden z lepszych openingów tego sezonu.

 Oprócz przedstawionych 5 serii oczywiście oglądam w tym sezonie również inne: Fuuka, Ao No Exorcist 2, Akiba's Trip, Little Witch Academia, Urara Meichirou i Seiren, między innymi. Przy części z nich załamuję ręce i nogi - szczególnie nie rozumiem fenomenu Fuuki, która wydaje się być dosyć popularna - ale z kolei z innych jestem jak na razie zadowolona. Pewnie do czasu zakończenia tego sezonu zacznę jeszcze parę innych (koniecznie KonoSuba), ale jak na razie tak się moja lista przedstawia. Zdecydowanie oimi faworytami się Youjo Senki i ACCA: 13-ku Kansatsu-ka, a biorąc pod uwagę też niewymienione na liście - Ao No Exorcist 2.

 To byłoby na tyle ode mnie w dzisiejszym poście, mam nadzieję, że lista się spodobała, ale też nie była zbyt przewidywalna. W najbliższej przyszłości planowałam przygotować recenzję jednej z ostatnio wydanych mang od kochanego Waneko, a na początku marca wrzucę relację z Bykonu. Możecie podrzucić swoim znajomkom otaczkom link do tego badziewnego bloga, taka chamska reklama, dla zachowania pozorów przekreślona.

See ya!
Ed the mangozjeb

sobota, 28 stycznia 2017

GAYS on ICE


[rosyjski gej #1]

 Cześć, otaczki!

 mangozjeb zacznie swoją hejterską recenzencką karierę od tytułu, który znienacka pojawił się w sezonie jesiennym tamtego roku i zdołał wstrząsnąć społecznością amino na wiele różnych sposobów, wzbudzając zarówno zachwyt, jak i hejt, dodatkowo nasilony po jakże znakomitych Anime Awards 2016 (Crunchyroll). Ostatni odcinek wyemitowano parę dni przed świętami, więc nieco ponad miesiąc temu i wydaje mi się, że temat zdążył już w miarę ucichnąć, ale ja uwielbiam fandomowe gównoburze i nie mogę nie napisać o tej właśnie serii: Yuri!!! On ICE.

 Yuri!!! On ICE śledziłam od dnia emisji pierwszego odcinka i serio, środy na zawsze będą mi się kojarzyć z gejami na lodzie. Nie mogę za bardzo powiedzieć, czy seria gromadziła hejterów już wtedy, bo nie zwracałam na to uwagi i nie było to chyba aż tak widoczne, szczególnie do czasu nominacji do Anime Awards 2016. Za to z ręką na sercu odważę się stwierdzić, że fanów miała, oj, i to ile miała! Fandom naprawdę szybko rozrósł się do dużych rozmiarów, z przewagą płci pięknej oczywiście, ale dawało się zauważyć tam też mężczyzn. Przyznać wręcz trzeba: hype był, ale czy podstawnie?

[także, ten tego. no.]

 Fabularnie seria nie prezentuje się szczególnie nadzwyczajnie, jak to przy sportówkach zresztą bywa. Japoński łyżwiarz figurowy, Yuuri Katsuki, zalicza wielki fail na Grand Prix, co skłania go do refleksji nad całkowitą rezygnacją ze sportu; ma więc chłopak problem, jakby już jego niska samoocena i brak pewności siebie dostatecznie nie utrudniały mu życia. Oczywiście, każdy sportowy protagonista jest ostrym fanboyem, a obiektem westchnień naszego japońskiego przegrywa życiowego jest wielki, niezwyciężony, rosyjski bóg łyżwiarstwa figurowego - Viktor Nikiforov. Tyle, że ambicje Yuuriego sięgają dalej niż czytanie ficzków ze swoim kraszem, marzy mu się rywalizować z nim na tym samym poziomie. Z braku oryginalności chłopak kopiuje choreografię swojego idola, co zaraz trafia do sieci dzięki trzem młodym niewiastom, i niedługo potem nie kto inny, ale sam Viktor przybywa, aby zostać trenerem Yuuri'ego. Od tego momentu cała seria przedstawia się mniej więcej w ten sposób:

Yuuri idzie na zawody → Yuuri ogląda (albo i nie) kolejne pięć występów rywali → Yuuri wpada w depresję → Viktor pociesza Yuuriego → Yuuri występuje → Yuuri i tak zalicza fail


 Jesteśmy również uraczeni gamą dosyć typowych bohaterów: mamy tu załamanego grubaska, rosyjskiego jezusa, wiecznie wkurzonego dzieciaka, uzależnionego od internetu no-life'a, niewyżytego seksualnie zboczeńca, przesadnego egocentryka, badboya na motocyklu i najbardziej oryginalną kolorową papugę. O ile może to odrzucać z początku, to warto zwrócić uwagę na przemianę postaci - i wbrew pozorom nie chodzi mi o to, że pod koniec serii główny bohater to słownikowa definicja słowa daddy - ponieważ w naprawdę spoko sposób wszyscy wpływają na siebie nawzajem (mniej lub bardziej). Świetnym przykładem będzie tu chyba Yuri Plisetsky, który wreszcie ma przyjaciela mimo swojej typowo dziecięcej niestabilności emocjonalnej i nieuzasadnionych wybuchów złości, pod wpływem obecności swojego japońskiego imiennika, a także wkurwu na rosyjskiego jezusa prawdopodobnie nadal chowanej urazy w stosunku do Viktora, jest jeszcze bardziej zdeterminowany, aby wygrać, ale w ostatnim odcinku można zauważyć, że robi to bardziej dla nich obydwojga, niż dla samego siebie, poza tym jest troszkę bardziej zrównoważony i zaczyna doceniać ludzi ze swojego otoczenia. Oczywiście nie zamierzam olewać zmian w charakterze głównego bohatera - nadal ma niską samoocenę i nie wierzy w swoje umiejętności, ale zdarza mu się to zdecydowanie rzadziej (warto zaznaczyć, że nie trudno w amino/mango znaleźć setki postaci, które z dnia na dzień zmieniają się diametralnie i aż za bardzo, chciałoby się powiedzieć), szczególnie na lodowisku, gdzie bywa nawet czasami arogancki, zaczepliwy i samolubny, potrafi też szybko opanować panikę po złym skoku/upadku. Mimo to, nie wszystko poszło tak fajnie, bo niestety nagromadzenie postaci sprawia, że ani nie idzie się na ich historii skupić, ani nie są one za bardzo interesujące czy "głębsze", a czasami w ogóle nic o nich nie wiemy (momentami muszę się nawet dłużej zastanowić nad ich imionami). Poza tym, wszyscy mają ode mnie plus za bycie uzależnionym od stron społecznościowych i wściekanie się na słabą jakość streamów internetowych.

 W temacie animacji pozwolę mówić serii samej za siebie:
[też mogę tylko rozłożyć ręce na ten widok]
 Muzycznie seria wypadła całkiem dobrze, a wrażenie robi ilość oryginalnych soundtracków do występów zawodników, gdzie można znaleźć i szybkie, upbeat'owe tony, ale też spokojne utwory. Opening zrobił wrażenie, chociaż nie szczególnie duże - można słuchać, ale też i porządnie się tym znudzić, a jeżeli konfrontować go z innymi openingami tamtegorocznych amino, to wyszedł całkiem normalnie i bez szału, chociaż jeżeli chodzi o tekst, to całkiem spoko. Ending, o wiele bardziej energiczny, zdecydowanie przypadł mi do gustu i czasami aż na niego czekałam (akcja potrafiła momentami zanudzać). 

 fabuła: 7/10
bohaterowie: 7/10
grafika: 7,5-8/10
muzyka: 8/10

ogólna: 7,5/10

 Yuri!!! On ICE zdecydowanie nie wypada źle, okropnie czy beznadziejnie, a całkiem dobrze, to dosyć przyjemna seria pod względem graficznym i muzycznym, a także niewymagająca, jeżeli chodzi o fabułę i bohaterów. Ma dosyć mało wad, ale z drugiej strony nie ma w niej nic na tyle szczególnego, aby piać z zachwytu. Jako sportówka sama w sobie myślę, że też jest całkiem neutralna, chociaż profesjonalizm bohaterów zdecydowanie odróżnia ją od serii o jakichkolwiek energicznych licealistach - i to na plus. Nie można też zaprzeczyć, że popularność, jaką zdobyła, to jednak w pewnej części wątek miłosny, ale ma też do zaoferowania o wiele więcej i nie należy wszystkiego przypisywać jajoistkom niewyżytej, żeńskiej części publiczności (wielu znanych łyżwiarzy figurowych również chwaliło ten tytuł).

 Mimo to, nie trudno mi zrozumieć hejt (ale nie mówię, że jest on w jakikolwiek sposób zasłużony), który na ten tytuł spłynął, szczególnie po wspomnianych wcześniej Anime Awards 2016, gdzie wygrał w sześciu kategoriach: seria pojawiła się dopiero pod koniec roku, szybko zaczęto ją kategoryzować jako yaoi (chociaż yaoi nie jest chociażby w najmniejszym stopniu) i ma ogromny fandom głównie dwunastolatek. Osobiście również nie jestem zadowolona z wyników Anime Awards 2016 i szczerze uważam, że Yuri!!! On ICE zasługiwało na zaledwie dwie z sześciu otrzymanych nagród, ale mam świadomość, że tego typu rzeczy naprawdę nie mają żadnego znaczenia, ponieważ zawsze wygra seria z największym fandomem, a największy fandom ≠ dobre amino; mam wrażenie, że Yuri!!! on ICE wygrałoby nawet w kategoriach Best Fight Scene czy Best Action, gdyby było nominowane.

piątek, 27 stycznia 2017

Ready, set, go!

[OCHAJO MINA-SAN!!!]
 
Siemson, cześć, czołem, witam i hej, drodzy bracia i siostry otakur mango i amino zwolennicy!
 
Serio spoko, że udało wam się tu dotrzeć, nareszcie nie będę musiała mówić sama do siebie albo, o zgrozo, do dakimakury. mangozjeb wita w swoich skromnych, internetowych progach, pełnych hińskich bajek i mongolskich komiksów, o których ma zamiar właśnie tutaj pisać i hejcić. Mam nadzieję, że gejowski szalbon za bardzo nie odrzuca - jajoistką nie jestem, a fe! - z czasem zamienię go na coś bardziej "uniwersalnego". 

the mangozjeb powstał w przypływie impulsu, chociaż od dawna chciałam prowadzić jakiś blog - a to z recenzjami k-dram/seriali/książek czy fanficzkami, ale padło na mango i amino, które mimo małego "stażu" naprawdę polubiłam i czerpię niesamowitą radość z hejcenia ich oglądania/czytania ich. To typowo amatorski blog stworzony dla frajdy i marnowania czasu, którego z moim wyjebane-na-wszystko stylem życia mam aż dosyć, chociaż wiadomo, fejm byłby fajny, ale to nie tak od razu. Muszę też uprzedzić co wrażliwszych, że kiedy mówię "dystans" i "sarkazm" naprawdę mam na myśli dystans i sarkazm, więc nic, co piszę, nie ma na celu obrażać naszej społeczności fandomowej. Zamieszczać tu planuję nie tylko recenzje czy rekomendacje, ale także całkowicie zwyczajne bule dupy, jakie doświadczam, będąc mangozjebem, czy to dotyczące fandomu, konwentów czy samych serii, przy czym nie da się uniknąć bycia do bólu sarkastycznym. the mangozjeb to na razie blog przeznaczony do śmieszkowania z amino i mango, ale też miejsce, gdzie będę mogła swobodnie recenzować co ciekawsze/głupsze serie pewnie częściej te drugie. Ogółem chcę tu wrzucać dużo różnych rzeczy, żeby nie było tak monotonicznie i każdy mógł znaleźć coś dla siebie. Myślę nad stworzeniem paru odrębnych "serii" postów, typu: "Amino z lat '80/90/00", "Mango/Amino miesiąca", "Nowości sezonowe", "Openingi warte uwagi", "Najgłupsi bohaterowie ever", "Dlaczego nie lubię serii X", czy "Piątki z yaoi/yuri" - zobaczy się, trochę pomysłów mam. Chętnie też powymieniam się z wami opiniami o seriach. 
 
Zastanawiam się jeszcze, o czym będzie następny post, bo pomysłów mam z trzy, ale nęci mnie nareszcie wyrzucenie z siebie buluf dupy o pewne mainstreamowe amino, które zbiera ostatnio dużo hejtu i ma słabą kreskę.

To tyle ode mnie na dziś - jeżeli was zainteresowałam, to cieszę się bardzo, poważnie! Naprawdę mam jakąś taką dziwną motywację do prowadzenia tego mangozjebczego bloga i mam nadzieję, że chociaż trochę mi to wyjdzie.

See ya!
ed the mangozjeb

Obserwatorzy

Szablon
synestezja
panda graphics
I want to break free...